Szyszki chmielowe jako granaty w walce z koncernami, czyli jak piwna rewolucja wpłynęła na rynek chmielu….
Od wybuchu piwnej rewolucji sprawa wydawała się banalnie prosta. Browarniani rewolucjoniści zobowiązali się walczyć z nudą i standaryzacją (nie oszukujmy się, że walka ta de facto toczyła się o smak). W walce tej granaty uczyniono z chmielowych szyszek, by nimi kruszyć bastiony koncernów.

Jednak obok wykorzystywania przez rewolucjonistów setek odmian chmielu z najdalszych zakątków świata coraz głośniej za chmielem tęsknili zwykli piwosze, którzy nawet nie pretendowali do miana beer geeków czy wybitnych sensoryków. Zwyczajnie z żałością w głosie wspominano „dawne” czasy, kiedy łyk piwa miło kończył się chmielową goryczką.
Z czasem stało się łatwe do przewidzenia, że chmiel znów stanie się najważniejszą częścią „chmielowej zupki”. I o ile udział w cenie piwa o charakterystyce chmielowej bomby wykorzystującej chmiele z całego świata wydawał się nieunikniony; o tyle ożywienie na rynku klasycznych europejskich odmian chmielu zadziwiło. Wydawać się mogło bowiem, że chmiele z Nowego Świata oraz bezpłciowość eurolagera nie będą sprzyjać temu kierunkowi…
Nic bardziej mylnego. Kolosy odbierają chmielu masę, a nawet starają się akcentować powrót do chmielowego produktu (choć na razie bardzo nieśmiało). Także małe browary nie pozwoliły zapomnieć o klasycznych – zwłaszcza polskich odmianach chmielu. W ten sposób na rynku pojawiły się mniej lub bardziej dostępne polskie single hopy. I chwała im za to!
A jak to się ma do sytuacji na rynku. Zwiększone zapotrzebowanie na chmiel od razu odbiło się na rynku. O ile ceny chmieli nowej fali, ze względu na zapotrzebowanie, dostępność i koszty transportu, zawsze były wysokie, o tyle ceny chmieli europejskich – w tym polskich – szybują do góry w zastraszającym tempie. Czy to źle? Nie do końca. Cieszyć powinno rosnące zainteresowanie chmielem. Ciemniejszą stroną medalu jest fakt, że część cen to koszty „ssania rynku” i zabezpieczyli się tylko ci, którzy zawarli umowy kontraktowe.
Jaki to daje efekt – zdarza się, że polskie i amerykańskie odmiany chmielu dostępne są w podobnych cenach. A czy mamy się czego wstydzić? Też chyba nie… nas w Polsce bardzo interesują chmiele z USA. A kiedy ostatnio spotkałem piwowara ze Stanów, to jego pierwsze słowa brzmiały, czy mamy piwo z chmielem Marynka – bo dla tamtejszego środowiska to prawdziwa ciekawostka…
Fot. T. Niewęgłowski