Przykre to - kraftowcy oskarżają browary regionalne, ale te nie zniechęcają piwoszy do kraftów
W ostatnim numerze Forbes’a, następnie w jego internetowym wydaniu powielanym w kolejnych, coraz bardziej poczytnych portalach – aż po główną stronę Onet-u pojawił się tekst o polskiej piwnej rewolucji.

Bardzo mi się podobał. Nie był zbiorem znanych wyświechtanych frazesów powtarzanych w czasie corocznej letniej kanikuły. Tym razem tekst poszedł dalej. Pokazał jak wielką życiową przygodą piwo stało się dla konkretnych osób – chłopaków z browarów Pinta, Trzech Kumpli, czy Artezan.
Czego można było się spodziewać, chłopaki z pasją mówili o momencie zerwania z dotychczasowym życiem i rzuceniu się w wir piwnej rewolucji. Zdradzili też przy okazji, że nie zawsze ich pierwsze pomysły na piwo odpaliły i że to klienci swoimi wyborami w lokalach skorygowali ofertę browarów.
I wszystko wydawać by się mogło pięknie. Wszystko na chwałę piwa, jego jakości i smaku. Jeden tylko zgrzyt nie daje mi spokoju po tym tekście. Otóż bohaterowie tego artykułu samowładnie nadali sobie miano „strażników tajemnicy” i posiadaczy jedynej właściwej recepty na rozwój polskiego piwa.
Zrobiło mi się przykro, bo słowa, że browary regionalne (a nawet duże) podszywają się i kopiują ich pomysły, były chyba przesadzone! Co więcej uważam, że jeżeli piwo jest smaczne, bez wad i zadowala klientów nie ważne, kto je warzył. A jeżeli ktoś sięgnie po dobre piwo z browaru regionalnego, pewnie i z chęcią skieruje się po piwa z browarów rzemieślniczych. Nie widziałem też, żeby jakikolwiek browar regionalny zniechęcał piwoszy do kraftów…
Artykuł Forbes'a dostępny TUTAJ.
Fot. T. Niewęgłowski
"Zdaniem Błażewicza" to cykl cotygodniowych felietonów na naszym portalu. |